Jak wygląda mój sylwester?

Jak wygląda mój sylwester?

 Do czwartej klasy podstawówki moje sylwestry były bardzo typowe - z rodziną puszczaliśmy fajerwerki w pobliżu domu, były sztuczne ognie, a o północy picolo. Kilka razy zdarzyło się, że pojechaliśmy na miasto i tam oglądaliśmy pokazy pirotechniczne. Jednak już piątej klasie mojego taty nie było, ponieważ pracował, a siostra umawiała się z przyjaciółmi. Więc zostawałam sama z mamą. Muszę stwierdzić, że takie zakończenie roku jest sto razy lepsze niż gapienie się przez piętnaście minut w niebo, a później wracanie w korkach do domu. 
 Już od kilki dobrych lat razem z moją mamą siedzimy w domu z filmem (najczęściej jest to Dzwoneczek, którego obydwie uwielbiamy), pepsi i czipsami. 
 Rok temu mój sylwester był inny, bowiem pojechałam do Gdyni na imprezę. Był to dla mnie duży szok, ponieważ pierwszy raz byłam na imprezie i pierwszy raz spędzałam ostatni dzień w roku z kimś innym niż z rodziną. ŁOŁ. Przyznaję sama przed sobą - zaszalałam. Co prawda ciągle siedziałam na schodach i pisałam z kolegą lub siedziałam przy stole i jadłam (prawdziwy introwertyk na imprezie). 
 Co roku mówię sobie "nie będę obchodzić sylwestra, pójdę spać o normalnej godzinie". Ale to nigdy nie wychodzi, bo o północy muszę uspokajać kota, który panicznie boi się fajerwerków. Ma swoją kryjówkę za muszlą klozetową, ale tam przed dźwiękiem się nie ukryje.
 W sylwestra zawsze odczytuję swój list od siebie z przeszłości, piszę kolejny i wymyślam postanowienia (napiszę wam o tym wszystkim w następnych postach). Często kilka dni przed 31 grudnia robię solidne porządki wszystkiego: szafy, szafki, półki, biurka, swojego wnętrza (chodzi tu o układ pokarmowy), myję okna, odkurzam solidnie pod łóżkiem, robię przegląd mazaków i kredek, ale najważniejsze to porządkuję w swojej głowie. W 2017 będę robić porządek również z blogiem co zobaczycie już 3 stycznia.
 Może i większość osób spędza w ten sposób ten dzień, może dla kogoś taki sposób jest dziwny i uważa to za marnowanie czasu. Nie traktuję ostatniego dnia w roku jakoś specjalnie, jak święta, ale jak zwykły dzień, gdzie po północy zmienia się cyferka w dacie. Myślę, że tak należy traktować sylwestra. Ludzie za bardzo afiszują ten dzień, trzeba do niego podchodzić z dystansem. 

Intagram: @filozofiara
Do zobaczenia!

Jak nauczyć się organizacji?

Jak nauczyć się organizacji?
 Nie jestem w stanie zliczyć ile razy zadawałam sobie to pytanie. Zawsze chciałam mieć jakiś mały kalendarzyk i zapisywać tam najważniejsze informacje. Jednak zawsze wychodziło to inaczej. Jeden zeszyt do organizacji szkoły, drugi do organizacji zbiórek i harcerstwa, trzeci na bloga, czwarty... I w ten oto sposób na moich półkach są zeszyty z zapisanymi zaledwie kilkoma stronami. Nie poddałam się jednak tak szybko. Na kilku blogach widziałam kalendarz do wydrukowania. Pomyślałam, czemu nie? Wydrukowałam kalendarz wraz z planem tygodnia, listą pomysłów na posty na bloga. Kiedy zaczęłam łączyć ze sobą kartki z każdą minutą wyglądało to coraz gorzej. Nie miałam wtedy dziurkacza więc strony były poszarpane i ciągle wypadały. Kolejny klops. Nie mogło być tak źle. Pewnego razu, będąc w empiku, kupiłam sobie zeszyt z zakładkami. Przez kilka tygodni leżał na szafce i kurzył się. Pomyślałam, że sama spersonalizuje ten zeszyt.


 Stworzyłam takie kolumny. Raczej nie jest to stricte organizer. Na każdy miesiąc daje sobie małe cele do spełnienia. Są one powiązane ze szkołą, samorealizacją i samorozwojem lub innymi rzeczami. Czasem celem jest przeczytanie książki. 
 Później stwierdziłam, że pójdę o krok dalej: kupiłam sobie kalendarz szkolny. Również kupiłam go w empiku za około 20 złotych. Jest wystarczająco dużo miejsca, żeby zapisać nawet kilka sprawdzianów w jednym dniu. Preferuję metodę zapisywania testów, kartkówek czy wyjść klasowych w takim kalendarzu, anie w zeszytach od poszczególnych przedmiotów. Dlaczego? Tak jest łatwiej, a po co utrudniać sobie życie? Na każdej lekcji ten oto kalendarzyk jest na ławce. Gdy wracam do domu wyciągam notesik z plecaka i przeglądam go. Wszystko zorganizowane, w jednym miejscu.
Zaletą takiego kalendarza jest również to, że ma miejsce na adresy, dzięki czemu można zapisać sprawnie i szybko maila do nauczyciela. Jest jeszcze miejsce na notatki. Ja zapisałam tam próg procentowy.




 Podsumowując. Bycie zorganizowanym to nie cecha charakteru, talent czy nie wiadomo co jest to nawyk. Wcześniej nie miałam w nawyku zapisywanie sprawdzianów na lekcjach, nie miałam w nawyku (ani słowniku) czegoś takiego jak organizacja.
Myślę, że potrzeba czasu, motywacji, ale i cierpliwości.

Intagram: @filozofiara
Do zobaczenia!

Dwa światy - StyleWe

Dwa światy - StyleWe
  Zawsze, gdy myślę o moim przyszłym mieszkaniu wyobrażam sobie osiemnastowieczną bibliotekę. Regały z książkami po sufit, skórzane meble, globus i brytyjska herbatka. Dużo notatek na porozrzucanych kartkach żółtego papieru, ogólny chaos i przepych.


Zaraz po tym mam drugą wizję: nowoczesny salon. Wszystko biało - czarne z domieszką beżu i szarości w różnych tonacjach. Dostojny, biały pers z niebieskimi oczyma mruczący na kanapie wśród pastelowych miętowych poduch. Jeden w stylu bardzo nowoczesnym - skandynawskim. A drugi to biblioteka Ignacego Krasickiego. 
 Teraz wyobraźcie sobie połączenie tych dwóch stylów przedstawionych w postaci ubrań. Wspaniali projektanci i artyści tworzą sukienki, apaszki, biżuterię, a nawet torby czy plecaki. Ich  prace można kupić na stronie StyleWe.com.
Link
  Sukienka ta bardzo kojarzy mi się ze stylem malarskim zwanym kubizmem. Ma geometryczne wzory, krój jest bardzo prosty, a kolory żywe.
Link
  Ta za to przypomina mi jesień, która tak szybko umyka. Wzór na plecaku jest miejski za to stylizacja przypomina mi kolorystycznie ubiór Babki z kultowego "Rancza".

Link
 I moja ulubiona. Pierwsze co pomyślałam ujrzawszy tę sukienkę pomyślałam Wednesday z "Rodzinki Adamsów". Sama mam podobną kreację, którą bardzo lubię, ponieważ również kojarzy mi się z tą postacią.

 Przeglądając ich Instagrama znalazłam wiele inspiracji do pisania postów, tworzenia nowych stylizacji jak i nowych rzeczy.
 Strona ma bardzo duży asortyment i dawkę inspiracji. Można poszukać tam czegoś co można wpleść w sój styl lub stworzyć własny.

Witaj listopadzie - return

Witaj listopadzie - return
 Dokładnie rok temu dodałam post, w którym opisywałam co ja to będę robić, jaki to ja mam zawrót głowy, jak bardzo się cieszę... Żaden z moich planów się nie ziścił. Głównie dlatego, że miałam zapalenie krtani (co jest potworne, nie możesz mówić, ledwo co oddychasz, a przy moich problemach z małą wydolnością oddechową to było piekło). Ten listopad również zadaje się mi być zapełniony, nie tylko przez sprawdziany, ale dzieje się mnóstwo niesamowitych rzeczy. W piątek mam wieczór autorski z zajęć pisarskich. Łał. Półtora roku temu już brałam w jednym udział, ale ten wydaje mi się inny. Nie tylko dlatego, że ja i mój blog się zmieniliśmy z biegiem czasu, ale będzie tam więcej ludzi. Nie będą to tylko moi rodzice, rodzice innych uczestników zajęć, ale inni ludzie. ŁAŁ!

W przeciwieństwie do posta sprzed roku - ten ma grafikę. Chcę, żeby każdy post miał grafikę, nawet skromną jak ta. 
 10 listopada wyjeżdżam do Warszawy, gdzie będę tam po raz pierwszy. !3 wracam do Gdańska. Specjalnie biorę aparat, żeby nie robić samych zdjęć telefonem, który nie zawsze uchwyci chwilę. No i przede wszystkim - jakość. Gdy tylko wrócę postaram się jak najszybciej sklecić relacje z tej wycieczki.
 15 listopada w Gdańsku odbywa się spotkanie z Red Lipstik Monster. Chciałam iść rok temu, o czym z resztą pisałam w poście sprzed roku. Niestety nie udało mi się. Ty razem nie poddam się, zrobię z nią zdjęcie, wezmę autograf - choćbym miała tam stać do samego końca, mimo to, że następnego dnia jest szkoła. Phi. Na szczęście mam luźny dzień więc spokojnie mogę odespać. 
 To aż zaskakujące. Rok temu żadne z moich planów skończyły się niepowodzeniem. W tym roku wygląda na to, że cały mój grafik na listopad zakończy się sukcesem.
 Przede wszystkim muszę wziąć się za ponowne pisanie postów. Nie wiem czy będą one regularne, na pewno będzie pojawiać się jeden na tydzień, może więcej, może mniej. Nie chcę na siłę pisać. Przeszłam przez ten miesiąc chwilowe "wypalenie". Muszę wziąć się w garść.
Zapraszam Was na mojego Intagrama (@filozofiara), gdzie będziecie mogli zobaczyć gdzie jestem, co robię lub po prostu wiersze, zdjęcia mojego kota, kaktusów... po prostu możecie mnie zaobserwować.
Do zobaczenia!

MOJE ZIÓŁKA - Czyli czemu mnie nie było?

MOJE ZIÓŁKA - Czyli czemu mnie nie było?
Brzmi jakbym wpadła w jakiś układ narkomański, przygrzała i z tego powodu nic nie pisałam. Oj pisałabym, i to ile! A jak!
 Na początku października udałam się do lekarza. Przez cały wrzesień bardzo źle się czułam. Gdy wchodziłam na drugie piętro w szkole dostawałam zadyszki, nie mówiąc już o wychowaniu fizycznym, gdzie kilka razy zasłabłam i z sali gimnastycznej trafiłam do gabinetu pielęgniarki. Wykonała podstawowe badania: zmierzyła mi ciśnienie, temperaturę i ogólnie obejrzała. Później rozmawiałyśmy, powiedziała, że muszę jak najszybciej iść do lekarza rodzinnego, co z resztą zalecała mi już w ubiegłym roku. Poszłam do lekarza i dostałam skierowanie na morfologie, czego najbardziej się obawiałam. Poszłam do przychodni cała zestresowana. Jednak wszystko odbyło się bardzo szybko. Na pamiątkę został mi wielki siniak, który utrzymywał się przez następny tydzień. Jadąc autobusem ciężko było mi zgiąć rękę.
 Jako rasowy samobójca nie wzięłam zwolnienia z wychowania fizycznego i zapomniałam, że był zapowiedziany test Coopera. W skrócie - jest to 12 minut ciągłego biegu. W różnych szkołach różnie to wygląda, u nas trzeba ciągle biegać w swoim tempie. Jeżeli się zatrzymasz kilka razy lub chodzisz - masz obniżaną ocenę, jest to zależne od częstotliwości. 
Cztery kółka przebiegłam bez większego problemu, na piątym zaczęło robić mi się słabo, szóste, siódme - zatrzymałam się. Pochyliłam głowę i głęboko oddychałam. Pani kazała mi maszerować. 
W szatni odczytywała oceny. Edyta - pozytywny. To mnie zdziwiło. Liczyłam na to, że będę musiała zdawać ten test jeszcze raz, gdy będę czuć się lepiej.
 Pod koniec tygodnia przyszły wyniki, poszłam z nimi do lekarza. Wszystko w normie. WSZYSTKO, Jak? Byłam okazem zdrowia, a mimo to ciężko było mi wejść po schodach. Doktor powiedziała, żebym otworzyła buzię i wywaliła język. 
"No, droga panno. Czym ty się tak stresujesz?" Tak, byłam osłabiona przez stres. Przypisała mi aż siedem ziół do picia. Miały być na dobrą pracę serca, bo często mi kołotało, na spokojny sen, uspokojenie oraz na trądzik. Stwierdziłam, że to o wiele lepsze niż łykanie końskich tabletek. 
Po tygodniu miałam zioła. Zmieszałam je według zaleceń lekarki.
Jedna miarka: bratka polnego, kozłka lekarskiego, mniszka, serdecznika, przywrotnika i lawendy, a owocu głogu dwie miarki. Wszystko wylądowało w słoiku po majonezie z ozdobnymi tasiemkami. Przygotowałam jedną porcję herbatki. Była nawet smaczna, a może po prostu z ekscytacji moja podświadomość zmieniła smak? Druga porcja następnego dnia była inna, smakowała jakoś dziwnie. Czułam smak innych ziół. Trzecia. Zaczęłam czuć, że ta kuracja działa, skóra wyglądała lepiej, ale to był jedyny skutek picia tej herbaty. Włosy nadal wypadały mi w ogromnych ilościach i nadal chodziła zestresowana, przynajmniej mogłam wchodzić normalnie po schodach.
Nie chciałam już dalej pić tej herbaty, rozstrajała mnie fizycznie. Przychodziłam do szkoły i była pobudzona, a po krótkim czasie byłam senna. Mój układ pokarmowy tez nie był pokojowo nastawiony do tej kuracji.
 Zaczęłam czytać opisy każdego z ziół - wcześniej tego nie zrobiłam, nawet ze zwykłej ciekawości, po prostu od razu je zmieszałam. Czytałam zastosowanie na każdej paczce i śmiałam się. Były one przypisane mi z tą myślą, żebym się wyciszyła i nie stresowała się. Oto jakie działania miały działania:
Bratek polny - ziele to stosuje się przy zmianach naskórnych, np.: trądziku. Używa się go również w chorobach układu moczowego - kamica nerkowa czy zapalenie pęcherza moczowego.
Mniszek lekarski - oczyszcza organizm z toksyn.
Serdecznik - stosuje się go w chorobach serca, szczególnie o podłożu nerwowym, pomaga w nadciśnieniu.
Przywrotnik - stosuje się go w przypadku problemu z biegunką, działa moczopędnie, likwiduje wzdęcia, reguluje cykl menstruacyjny i zmniejsza krwawienie podczas miesiączki.
Owoc głogu - poprawia ukrwienie serca, stosuje się go w problemach z nadciśnieniem i chorobach serca oraz układu krwionośnego.
Lawenda - działa uspokajająco i relaksacyjne, pomaga w problemach ze snem.
Kozłek lekarski - zmniejsza napięcie, uczucie niepokoju i stresu. Pomaga w zaśnięciu.
 Poprzednią mieszankę wyrzuciłam do kosza, tak samo jak mniszka, przywrotnika i serdecznika. Niestety serdecznika nie powinno podawać się osobom poniżej 18 roku życia, dlatego powędrował on w łapki mojej starszej siostry. Zrobiłam nowa mieszankę. Zamiast siedmiu ziół trzy i pół - bratek polny, lawenda, kozłek lekarski i odrobinkę owocu głogu, żeby pikawa mi nie wyleciała z klatki piersiowej. Wypiłam pierwszą filiżankę. Smak był do wytrzymania, za drugim razem dodałam kilka łyżek zwykłej czarnej herbaty.

W pewnym momencie nawet kolorowe tasiemki nie zmieniały smaku herbaty. W pewnym momencie całkowicie się do niej zraziłam. Smakowała, pachniała i wyglądała paskudnie. (Zdjęcie wyżej przedstawia mieszankę nowej herbaty.)
A jak zadziałało?
Z pewnością lepiej czułam się po takiej wersji niż po tej, którą przypisał mi lekarz. Miałam pić siedem ziół, które działały na mnie wręcz toksycznie, przez miesiąc? Nie dziękuję.
A jak czuję się teraz?
Cóż, trudno powiedzieć. Kuracja trwa chyba zbyt krótko, żeby zaczęła przynosić skutki.
 Cała historia do teraz jest dla mnie zabawna, a jednocześnie przerażająca. Skoro zaledwie po kilku filiżankach herbaty przypisanej przez lekarza miała paskudne skutki uboczne, który nie powinny wystąpić to co by się stało, gdybym piła ją dłużej? Wolę nawet o tym nie myśleć.

 I dokładnie przez TO nic nie pisałam przez dokładnie 31 dni - miesiąc. Mój nowy rekord, łał...
Stwierdziłam, że nie będę pisać w wyznaczone dni. Mam za dużo wszystkiego. Zaczynam się wypalać, nie mam pomysłów. Znaczy mam, ale one są banalne. Nie dla mnie. Muszę pomyśleć co chcę dalej robić z blogiem. Przez te wszystkie 31 dni, gdy nic nie wstawiałam, nie miałam dnia, podczas którego nie miałabym wyświetlenia. Codziennie coś, minimum to były dwa wyświetlenia. Dostałam jeszcze dwa komentarze. Tak późno zabrałam się za dokończenie tego postu, ponieważ ni stąd ni zowąd liczba dzisiejszych wyświetleń dobija mi do stu (o 22:17 dokładnie 105). ŁAŁ. Nie wiem co się dzieje. Za długo mnie nie było. Żeby nie było, że znikam na nie wiadomo ile...
...do zobaczenia!

Krzyczę w milczeniu.

Krzyczę w milczeniu.
"Milczenie to tekst, który niezwykle łatwo jest błędnie zinterpretować" ~ Julian Tuwim
 W tym tygodniu przeprowadziłam mały eksperyment. Polegał on na tym, że milczałam. Ale może o początku. Było to w środę, nie przyszłam na dwie pierwsze lekcje. Więc tak na prawdę miałam cztery godziny i okienko. Na każdej lekcji siadłam tak aby nie było mnie widać. Inne osoby zasłaniały mnie przed nauczycielem. 
 Przez te pięć godzin wypowiedziałam tylko dwa słowa (i były one związane z geografią). W końcu znajome podeszły do mnie po dwóch godzinach, odkąd przyszłam do szkoły. Próbowały się dowiedzieć dlaczego cały dzień milczę. I tu zaczęła się zabawa, a właściwie kalambury. Ciężko mi było przekazać czemu właściwie nic nie mówię. Wymyśliłam coś szybko na poczekaniu. 
W rzeczywistości nie chciałam się odzywać tak po prostu. Nie chciałam nic mówić - co u mnie, jakieś nowinki i ploteczki, co zadane, jak to bardzo jestem zmęczona szkołą, mimo, że jest dopiero początek roku. 
To wszystko jest męczące. Taka bezsensowna paplanina. Nic konkretnego.

"Wycofuję się z miejsc i ludzi co pewien czas.
Potrzebuję przestrzeni od świata, który jest wypełniony milionami ust, które mówią zbyt wiele, ale nigdy nie maja nic konkretnego do powiedzenia." ~Kaitlin Foster

 Ludzie boją się milczeć, ale też boją się powiedzieć, że nie chcą tej chwili milczenia. W dzisiejszych czasach wszyscy krzyczą.
Coraz częściej spotykam się z sytuacją, że żeby cokolwiek powiedzieć muszę krzyczeć. Wygląda to mnie więcej następująco: mówię i nagle ktoś chce coś dopowiedzieć, ALE zamiast poczekać aż skończę wypowiedź zaczyna mówić w tym samym czasie co ja. A żeby powiedzieć do końca to co chciałam muszę mówić o ton głośniej niż ta druga osoba, z kolei ona widząc, że ja podnoszę ton ona również tak robi. I nagle wychodzi wielki kogiel mogiel, a ja, żeby rozmawiać z kimś muszę krzyczeć. Jednak jeszcze gorsze jest to, gdy w rozmowie uczestniczą więcej niż dwie osoby. Nie dość, że jest niesamowicie głośno to ja po kilku dniach takich codziennych rozmów miałam zapalenie gardła i do dziś mam chrypę. 
 Jest to bardzo zniechęcające. Lubię rozmawiać, lubię wypowiadać się na rożne tematy, ale przez to, że wszyscy są tak głośno, a ja tak cicho jest mała szansa, że ktoś usłyszy mój słaby zachrypnięty głosik. 
 Powiem szczerze, że po takim dniu milczenia, czułam się świetnie. To trochę jak picie oczyszczającej herbaty przez kilka tygodni. Tylko w ty przypadku efekt był natychmiastowy.
 Ludzie są bardzo głośni, co chwila krzyczą, piszczą. Czasem ulega się presji i też się krzyczy. Co w moim przypadku bardzo mi nie odpowiada. Jestem cicha, mogę krzyczeć - potrzebuję tego, ale... 
WOLĘ KRZYCZEĆ W MILCZENIU

Nie daj się zastraszyć!

Nie daj się zastraszyć!

 Zaczął się rok szkolny. Jedni poszli do nowej szkoły, inni mają przed sobą testy gimnazjalne bądź matury. 
Jestem teraz w trzeciej klasie, wszyscy mówili, że będzie ciężko. I to jest prawda. 
Już pierwszego dnia mówili "weźcie się w garść", "przecież za chwilę piszecie testy", "wspomnicie moje słowa...". I tak dalej, i tak dalej. Ale co to dało? 
Raz przypływ motywacji i energii, a innym stres i obawę przed niepowodzeniem. Czuję wielką presję tego, żeby już wybierać następną szkołę.
 Tytuł tego posta to nie daj się zastraszyć. Czemu? Wiem jak ciężka jest nowa szkoła, przyzwyczajenie się do nowego otoczenia, mnóstwo prac domowych, materiału do nauczenia się. Ale też ciężkie jest samo przyzwyczajenie się do nowego zakresu materiału, czasem wcześniejszego wstawania, nowych nauczycieli. Z roku na rok uczymy się większej ilości rzeczy i z roku na rok są one coraz trudniejsze. Najpierw uczysz się dodawania i odejmowania, a zaraz potem jak obliczyć wielomian.
Nie należy nad tym ubolewać, szkoła to coś cudownego - wszystko zależy od naszego podejścia.
 Jeżeli masz dużo pracy domowej wróć do domu, wyluzuj, poukładaj sobie czy coś musisz zrobić na następny dzień czy na następny tydzień.
Jeżeli nie lubisz geografii skup się na przedmiocie, który bardziej cie pasjonuje, może historia?
Jeżeli masz nauczyciela, którego nie lubisz (i wice wersa) to nie musicie przecież umawiać się na herbatki, traktuj go neutralnie. On ma tylko podać ci notatki i czegoś nauczyć, a jeżeli słabo mu to wychodzi to sam poszukaj informacji.
Jeżeli brak ci czasu to ogranicz przyjemności. Ja zawsze, gdy przychodzę do domu poświęcam pół godziny do godziny na odpoczęcie. Kładę się na łóżko i kompletnie nic nie robię, zbieram siłę. W tym czasie jem również obiad lub objado - kolacje. Czasem zjem coś słodkiego, wypiję kawę (zbożową oczywiście).
Później zabieram się za wszystko co mam do zrobienia do szkoły. Jeżeli przez to ma się nie pojawić post na blogu to poświęcę się.
Jeżeli nie potrafisz zorganizować sobie czas to poczekaj na mojego posta, który się ukaże niebawem, a jeżeli nie możesz czekać poszukaj w internecie, to kopalnia wiedzy.


 Post krótki, ponieważ nie lubię wypowiadać się na temat szkolnictwa. Nie ukończyłam jeszcze obowiązkowego nauczania, ale gdy je ukończę na pewno pojawi się długi post o tym jak narzekam. Nie chcę poruszać zbyt wielu aspektów. Rozpiszę się na ich temat w kolejnych postach.
Nadal będą się one pokazywać we wtorki i piątki. Chcę wprowadzić kilka nowych rzeczy więc zachęcam was do ankiety, która jest po prawej stronie.

Facebook: Filozofiara
Intagram: @filozofiara
Do zobaczenia!

Skąd wzięła się polska cebula?

 Zapewne każdy słyszał o tak zwanej "polskiej cebuli". Jest to zjawisko spotykane na każdym kroku. Czym się ono charakteryzuje? Przykładowa sytuacja: 

Jesteś ze swoją żoneczką - Halinką - na wczasach. Wchodzicie do pokoju hotelowego. Rozpakowujecie się, wchodzicie do łazienki i co ukazuje się waszym oczom? Małe mydełka, ręczniczki i... olaboga! szlafroki!  I WSZYSTKO ZA DARMO!                      - Janusz! bierzemy wszystko! 
  Każdy przyzna, że widział coś takiego, bądź sam był postawiony w takiej sytuacji. Jedni się z tego śmieją inni czują załamanie. Często widziałam filmiki, w których obracano to w żart. Przyznam sama, że sama nie raz z tego żartowałam. Ale jakoś nigdy nie mówiono, skąd to się wzięło. Mam pewną tezę, którą chcę wam dziś przedstawić.


 Ma to swoje podłoże w przeszłości. Zaczęło się już podczas 1138 roku, gdy to Bolesław Krzywousty postanowił podzielić Polskę między swoich synów. Wszystko było fajnie - do czasu. Synowie zaczęli chcieć więcej, nie starczały im przypisane terytoria. Pragnęli władzy, terenów, poddanych. Nie wzięło się to znikąd. Ale od tego się zaczęło.
 Potop szwedzki (1655). Szwedzi wparowali do naszego kraju jak małe mrówki do słoika miodu. Do dziś nasze freski wiszą w ich muzeach, na dodatek podpisane jako ich.
 Później Polska zniknęła z map na 123 lata (1772-1795). Inne państwa "podzieliły" się nią jak kawałkiem ciasta. 
 Pierwsza (1914-1918) i druga wojna światowa (1939-1945). Było niewiele czasu na odbudowę czy regenerację. A obu przypadkach chodziło o Polskę. Sąsiadujące państwa (i nie tylko) walczyły o nią.
 Komuna trwająca od 1945 do 1989 roku. Kolejny raz, gdy Polska nie ma chwili wytchnienia, kolejny raz, gdy inni mówią nam jak mamy żyć i co mamy robić.

 Przestawiłam wam sześć wydarzeń historycznych, które wpłynęły na współczesnych Polaków. No i teraz co ma piernik do wiatraka? 
 Podczas rozbicia dzielnicowego synowie Bolesława chcieli więcej, niezależnie od wszystkiego. Podczas potopu szwedzkiego Szwedzi obrabowali nas. Zabrali nie tylko freski i inne dzieła sztuki, ale i znacznie więcej. 123 lata nieistnienia, tutaj nie mieliśmy nic do gadania, nie zostaliśmy poczęstowani ciastem. W przypadku obu wojen było bardzo podobnie jak rozbicia. Hitlerowcy rabowali domy, gospody, muzea i inne miejsca pamięci. Do dziś są gdzieś tam, za granicą. Za czasów komuny niby nikomu niczego nie brakowało, ale wszystkiego było mało. Jednym słowem - nikt nie głodował.
 I do czego się to wszystko sprowadza? Patrząc na historię - która lubi się powtarzać - co chwilę nam coś odbierano. Czy to własność osobistą, tożsamość, a nawet ojczyznę. Co rusz nawet nie pozbieraliśmy się po stratach, a tu masz babo placek! Nie ma nas na mapie!
 Ludzie narodu polskiego biorą na zapas. Boją się, że nie będą mieć nic, więc chcą mieć wszystko. Jednak jest to błędne koło. Powinniśmy chronić to co już mamy, chronić i pielęgnować. Bo co nam po tym, gdy będziemy mieć mnóstwo nasion, ale żadne z nich nie będzie zasiane?

Instagram: @filozofiara
Facebook: Filozofiara
Do zobaczenia!

PAMIĘTAMY!

PAMIĘTAMY!
 1 września 1939, godzina 4:45 - atak Niemców na Westerplatte. Wydarzyło się to dokładnie 77 lat temu i nadal pamiętamy.


 1 września 1939 roku o godzinie 4:45 słynny pancernik niemiecki Schleswig-Holstein rozpoczął ostrzał Westerplatte. 
Od tego się zaczęło, to rozpętało II wojnę światową. Zaczęło się piekło dla milionów, a może i nawet miliardów, osób. Każdy wie jakim dramatycznym wydarzeniem było to dla Polski,ale też i dla całego świata.
 Pamiętajmy o przeszłości, mimo że może i nie była ona dla Narodu Polskiego zbyt dobra, przekazujmy wiedzę młodszym pokoleniom aby one mogły czerpać z niej wiedzę historyczną i życiową.

1939 - 1945 PAMIĘTAMY! PÓKI SERCA BIJĄ W NASZYCH PIERSIACH PAMIĘTAĆ BĘDZIEMY!

Klient zawsze ma rację!

Klient zawsze ma rację!
 Ostatnio miałam okazję pracować na stoisku z bursztynem, jako że znam się trochę na tym nie miałam problemu podczas sprzedaży. Wiedziałam skąd jest ten bursztyn, widziałam jego proces tworzenia i końcowy efekt.

Nawet jeżeli nie ma racji, patrz wyżej. 
 W zeszłym roku również pracowałam na takim stoisku. Pewnego dnia podeszła mama z synem i oglądali towar. W małej miseczce były bursztyny na wagę. Kobieta oglądała wisiorki, a syn owe bursztyny. Nagle chłopczyk powiedział: "to nie jest prawdziwy bursztyn, bo ja się znam i ja wiem i on nie jest prawdziwy. TO PLASTIK". Te słowa do dziś obijają mi się po głowie niczym echo w jaskini. Ja, jako że nie miałam za grosz doświadczenia w byciu miłym uśmiechniętym sprzedawcą musiałam bronic dobrego imienia mojego towaru. Zaczęłam rzucać metodami, które potwierdzą prawdziwość bursztynu: podpalenie (wydziela się charakterystyczny zapach w przypadku, gdy potrzymamy go dłużej, jeżeli krócej (ok. 5 sekund) nic mu się nie stanie), potarcie o koszulkę flanelową (wówczas bursztyn elektryzuje się i ma właściwości przyciągające), i prawdziwy bursztyn nie tonie. Są to najłatwiejsze i najlepiej znane sposoby na potwierdzenie autentyczności bursztynu.
Ona i syn odeszli naburmuszeni.
 Moja mama zawsze powtarza mi, gdy coś sprzedaję: "Jak sprzedawać? 1. Klient ma zawsze racje. 2. Jeżeli tej racji nie ma, patrz punkt pierwszy.".
Nigdy nie potrafiłam się z tym zgodzić. Bo jeżeli klient przyjdzie do ciebie, zacznie ci opowiadać bzdury, a ty nie zaprzeczysz, to pójdzie do kogoś innego naopowiada mu tych samych bzdur i być może tamta osoba powie mu "ej, co ty wygadujesz? Wiesz w ogóle co ty mówisz?". I wtedy to ty wyjdziesz na tego gorszego tudzież głupszego. Bo nie miałeś odwagi powiedzieć mu tego co powiedział mu ktoś inny. Prawdy. Zabolało, co? No cóż, prawda boli.
 Nie chodzi mi tutaj o wytykanie komuś prawdy, a jedynie o sprostowanie czegoś czy dopowiedzenie. Dzięki temu będzie lepiej dla wszystkich i ludzie nie będą chodzić po ulicach myśląc sobie czego to oni nie wiedzą. Bo przecież oni wiedzą wszystko. 


Facebook: Filozofiara
Instagram: @filozofiara
Snapchat: DJKNOWGIRLS
                 Filozofiara
Do zobaczenia!

Lipster Blog Award #3 - ZNOWU!

Lipster Blog Award #3 - ZNOWU!
 Kabum! I oto ja jestem, powstałam niczym feniks z popiołu (po raz setny). Dziś mam dla Was po raz kolejny raz LBA. Tym razem nominowała mnie Dominika, dziękuję bardzo.
Jeżeli nie czytaliście poprzednich nominacji to teraz macie ułamek sekundy, żeby żałować i możecie szybko przeczytać poprzednie wpisy: Lipster Blog Awards, Libster Blog Awards #2

Jeżeli kogoś to ciekawi, ten baner wykonałam na stronie PicMonkey!
 1. Lubisz czytać? Jaka jest Twoja ostatnio przeczytana książka?
Czy lubię? Oj zdecydowanie. A co do ostatnio przeczytanej książki, był to tytuł "Ponad wszystko" autorstwa Nicol Yoon. Dostałam tę książkę od rodziców na urodziny i nie spodziewałam się, że będzie taka lekka i przyjemna w czytaniu. Gdy już skończyłam tę lekturę pobiegłam do pokoju, gdzie wszyscy siedzieli, i wykrzyczałam zakończenie - nie będę pisać co, ponieważ nie chcę spoilerować.
Później ja jak to ja wybuchnęłam płaczem. Czyli jednym słowem polecam.


 2. Czy chciałabyś tatuaż, jeśli tak wstaw zdjęcie jaki.

Tak, chcę tatuaż. Nie będę wstawiać tutaj zdjęcia, bo prawdopodobnie sama zaprojektuję wzór lub zrobię to z tatuażystą, jest jeszcze możliwość wybrania czegoś z jego portfolio/ katalogu i ewentualnie przerobienia tego.
Prawdopodobnie zmieni mi się jeszcze pomysł i będę chciała inny wzór, ale chcę się trzymać jednej koncepcji i tematu. Na razie nie będę się wypowiadać na temat tatuaży, ponieważ sama nie mam, a nawet nie mogę sobie jeszcze owego zrobić, ponieważ jestem niepełnoletnia.  Ale gwarantuję, że gdy tylko zrobię sobie dziarę napiszę o tym posta.
I nawet jeśli to nie wstawiła bym zdjęcia, ponieważ jest to naruszenie praw autorskich.

 3.Dlaczego postanowiłaś założyć bloga?
Uwielbiam opowiadać tę historię. Jest ona bardzo krótka. Siedziałam przed komputerem, nudziło mi się, a że na informatyce uczyliśmy się jak założyć bloga to zrobiłam to, koniec. Mój blog został założony ze zwykłej nudy, która kiedyś często mi doskwierała. Wydaje mi się to śmieszne. Przeważnie ludzie zakładają blogi, bo chcą coś przekazać innym, dostać darmowe ciuszki lub nawet słyszałam, że z zazdrości. Dopiero później mój blog był dla mnie czymś więcej niż tylko literkami i znaczkami w internecie. Trochę później zaczął być dla mnie odskocznią. Teraz mam plany na coś dużego, jednak to będzie wymagało dużo czasu, poświęcenia i przede wszystkim regularnych postów z mojej strony.

 4. Grasz w gry komputerowe, a jeśli tak to jakie?
Nie gram w gry, są one strasznym pochłaniaczem czasu. Od czasu do czasu razem z koleżanką gramy na konsoli, ale sama z siebie nie odpalę gry. Owszem, czasem mi się zdarza gra na telefonie, a pomijając to, to gdy jestem chora sporadycznie gram w GTA San Andreas.
Czyli ogółem w gry komputerowe nie gra, chyba że jestem chora.

 5. Lubisz swój pokój, co najbardziej ci się w nim podoba?
Tak lubię swój pokój. Najbardziej lubię moje łóżko, ponieważ mam tam mnóstwo poduszek, kocy i w mroźne lub ponure deszczowe dni lubię zatopić się w pierzynie, pić herbatkę i czytać książkę.
To czego nie lubię to brak miejsca. Z roku na rok w szafie przybywa ciuchów, na półce książek, wszystkiego mi przybywa, a miejsca wcale nie jest więcej. Pokój jest mały i mieszkają w nim dwie osóbki - ja i moja siostra.

 6. Jak spędzasz większość wolnego czasu?
Ostatnio odkryłam magiczną sztukę nic nie robienia. To bardzo zależy od mojego dnia, pogody i planów. Potrafię mieć zapracowany cały dzień, a też zdarzają się takie, gdzie nic nie robię, leżę na łóżku i słucham muzyki.

 7. Wakacje w górach czy nad morzem?
Jako, że od urodzenia mieszkam nad morzem i uwielbiam historie moich rodziców o Bieszczadach, wybieram góry.

 8. Wolałabyś cofnąć się do przeszłości i coś zmienić czy poznać swoją przyszłość i czemuś zapobiec?
Gdybym cofnęła się do przeszłości z pewnością doświadczyłabym efektu motyla. Poznanie swojej przyszłości wydaje się równie przerażające. Na pewno nie cofnęła bym się w czasie, więc pozostaje druga opcja. Jednak tutaj również mogłoby pojawić się coś podobnego do efektu motyla.

 9. Jesteś typem samotnika czy raczej kimś kto ma wielu przyjaciół?
Od dzieciństwa byłam typem samotnika, niestety nie z wyboru. Później pomyślałam sobie "ej, a może ja jestem introwertykiem?!".  I okazało się, że tak. Stwierdziłam, że mój charakter jest bardzo bliski opisom introwertyka. Będzie prawdopodobnie inny post o tym, ponieważ jest to, moim zdaniem, ciekawy temat i wiele osób źle go rozumuje. Introwertycy są bardzo uschematyzowani.

 10. Wstaw swoje ulubione zdjęcie.
Gdybym miała się czepiać, to bym uczepiła się, że to nie jest pytanie, ale nie ważne...
Nie potrafię wybrać tylko jednego jednego zdjęcia spośród miliardów czyiś i setki moich. Nie mam nawet swojego ulubione, wszystkie podobają mi się na swój sposób, w większym stopniu, bądź mniejszym.

 11. Jesteś szczęśliwa?
Zależy... Jednego dnia jestem pogrążona w bezkresnej melancholii, a innego skaczę z radości niewiadomo czemu. Potrafię znaleźć 100 powodów, przez które jestem smutna, siedzę w domu i nie rozmawiam z nikim. Ale mogę znaleźć 101 powodów, przez które jestem szczęśliwa.



 W końcu powróciłam. Teraz posty będą pojawiać się regularnie, na prawdę. Planuję dużo postów na wrzesień, innych niż dotąd. Z boku jest ankieta, w której możecie zagłosować. Bardzo was do tego zapraszam, ponieważ to powie mi czy jest sens iść w jakimś kierunku czy stać w miejscu.

Instagram: @filozofiara
Facebook: Filozofiara 
Snapchat: DJKNOWGIRLS (ja snapuje w piątki)
Do zobaczenia!

Start Ü

Start Ü
Czy jedna litera może zmienić czyjeś życie? Trudne zadanie, bo każdy z nas składa się z wielu warstw. Niewyobrażalnego bogactwa, marzeń, decyzji i cech. Te elementy razem tworzą Ciebie - wyjątkową osobę, która ma przed sobą unikalną podróż. Ktoś na drugim biegunie magnesu czeka, aż ją rozpoczniesz. Bo dla Niego liczysz się tylko Ty, Ü

Napis widniejący przy rejestracji, gdzie wszystko się zaczęło...
 Tak zaczęła się moja podróż, na tym obozie. Może i ktoś pomyśli sobie "jak można jechać na obóz chrześcijański?". Może i faktycznie, dla niektórych obraz Boga to starsze panie w moherowych beretach, które odmawiają różaniec. Ale Bóg, którego ja poznałam to zupełnie inny Bóg, to przyjaciel, pocieszyciel, ktoś, kto niezmiernie i bez względnie mnie kocha. Mogła bym wymieniać cechy w kółko i w kółko, jednak wolę Wam opowiedzieć co Bóg zrobił dla mnie na tym obozie i jak rozpoczął moją przygodę.

Każdy uczestnik dostał bransoletkę :)
 Jest to obóz dla młodzieży gimnazjalnej i jak wyżej wspomniałam jest on dla młodzieży chrześcijańskiej, ALE jeżeli jesteś niewierzący, bo trafiłeś tam przez znajomych, nic nie szkodzi, przyjmiemy Cie tam z równie szeroko otwartymi ramionami.
 Ja o Starcie Gimnazjum dowiedziałam się od znajomych z kościoła. Już na samym początku bardzo chciałam jechać (głownie dla tego, że w wakacje na ogół nic nie robię). 
 Jednak zanim jeszcze tam pojechałam, czy zdecydowałam się tam pojechać, pojawiły się wątpliwości. Mianowicie, musiałam wybierać pomiędzy obozem harcerskim, a Startem. I ponieważ na Starcie są ograniczenia wiekowe stwierdziłam raz kozia śmierć! I pojechałam.

...
 Miałam stosunkowo niedaleko, jechałam z Gdańska do Garczyna, a były też takie osoby, co przyjeżdżały z drugiego końca Polski. 
Na miejscy zostałam przydzielona do grupy, której liderem był mój znajomy z kościoła, a konkretniej z młodzieżówki, który gra na basie. Następnie udałam się do domku numer 10. I tu już pojawiły się pierwsze komplikacje. Bowiem po kolacji, gdy wróciłam do domku nie było nikogo (gdy zostałam przydzielana byłam w domku jako pierwsza). Poszłam do kogoś, kto zajmował się tym i poprosiłam o przydzielenie mi innego domku (tak dokładnie, bałam się spać sama...). I trafiłam do domku numer 6. Na początku miałam wątpliwości co do dziewczyn, z którymi miałam spędzić najbliższy tydzień, ale później świetnie się dogadywałyśmy.
 Następnego dnia, rano po śniadaniu w głównym namiocie odbyło się "Dzień Dobry START!". Na początku trochę rozruszaliśmy, tańczyliśmy, był również START Quiz, a po nim uwielbianie Boga. Obóz został świetnie rozpoczęty przez Josha, który mówił o tym, że Bóg tak mocno świeci, że nie ma w nim ani trochę cienia, "nie jest cieniasem" - jak sam powiedział.

Poranny Dzień Dobry START
 O 12 zebraliśmy się w swoich grupach na boisku (to aż zaskakujące, że około 400 osób zmieściło się na boisku do koszykówki).
Na jeden dzień musieliśmy wylosować osobowość. Pierwszy dzień był o tematyce Euro 2016. My wylosowaliśmy Grecję. 
Gdy każda z dwudziestu-sześciu grup miała swoją osobowość biegaliśmy od punktu do punktu, krzycząc "szóstki" (taki numer miała nasza drużyna).
Namalowaliśmy sobie na policzkach i twarzach flagę naszego wybranego kraju. Przy innej stacji musieliśmy powiedzieć jak najwięcej ciekawostek o Grecji, przy jeszcze innej nasz lider musiał wlać nam do ust colę za pomocą pistoletu na wodę. To był naprawdę miło spędzony czas, i w porównaniu do innych dni było bardzo spokojnie. 
 Po fun shake' u poszliśmy na obiad. Przyznam szczerze, może nie był jakoś niesamowicie dobry, ale jak na schronisko dla młodzieży było dobrze.
Od 14.30 do 16 czas wolny, jupi! Było go dosyć dużo, a że nasza grupa miała pierwszą turę mieliśmy tego czasu jeszcze więcej. 
O 16 mieliśmy czas w grupach ze swoimi liderami. Pierwsze spotkanie było bardzo głownie organizacyjne i zapoznawcze.
Po nim o 17.30 warsztaty. Pierwsze było dzielone na dziewczyny i chłopaków. Oni poszli szaleć nad jezioro, a my miałyśmy coś w stylu top model - tyle, że z papieru toaletowego i bibuły.
Kolacja o 18.45. Nie różniła się ona niczym od wszystkich innych kolacji, śniadań czy obiadów. Chociaż raz na ostatni posiłek były zapiekanki. Kolega szepnął mi do ucha, że te zapiekanki mają mięso z gołąbków, które były któregoś dnia na obiad.
Równo o 20 w głównym namiocie odbyło się CELEBRATION. Był to świetny czas, ale to o tym co się działo za chwilkę.
22 była to godzina zabawy, dzikiego i szalonego tańczenia, a mowa o AFTER PARTY! Przyznam, że byłam tam tylko raz, a że nie jestem typem imprezowiczki i zwolenniczką głośnej muzyki to niezbyt mi się podobało. Lecz słyszałam opinie od osób z mojej drużyny i pokoju, że atmosfera była zacna.
I to co wszyscy uwielbiają najbardziej, cisza nocna o 23.45. I tak wyglądał każdy mój dzień. Dosyć schematycznie. Zmieniały się tylko tematy na Dzień Dobry START i na Celebration, no i jeszcze zabawy na fun shake' u, potrawy na obiedzie. 

 Jak wspomniałam wyżej mieliśmy warsztaty. Do wyboru było: taniec/ fitness, sport, wystąpienia publiczne, twoje spotkanie i lider/ przywódca. Ja wybrałam ostatnią opcję. Przyznam się bez bicia, że nie poszłabym na nic związanego ze sportem, a pozostałych  warsztatach nie miałam pojęcia co mnie czeka. Więc wybrałam to, chociaż zawsze myślałam "nie nadaję się na lidera", ale mimo tego zawsze próbowałam się w tym spełniać i robiłam coś co pozwalało mi się rozwijać w tym kierunku.
Na tych warsztatach dowartościowałam się, odkryłam swoje talenty, pasje i powołanie. 
Start dał mi jeszcze więcej niż oczekiwałam. Liczyłam tylko na znajomości, na to, że się bardziej otworzę, a dostałam znacznie więcej. 

Nasi liderzy podczas warsztatów lider/przywódca
 Nie będę Wam opisywać każdego dnia, w następnej części tego postu zobaczycie zdjęcia i przeczytacie to co przeżywałam duchowo.

Ja byłam gdzieś tam, chen daleko, ale jako jedna z nielicznych wyszłam czysta!
Świetna zabawa z kolorowymi proszkami na fun shake' u 
Na tym obozie zdecydowanie mogłam poczuć obecność Boga, był On obecny!
Czas uwielbiania był najlepszym czasem, tylko ja i On...
Podczas uwielbiania śpiewaliśmy świetne piosenki Michała Króla z jego najnowsze płyty "Bohater Nieba".

 Na Start przyjechałam z mieszanymi uczuciami. Nie chciałam tam jechać ze względu na taki ogrom ludzi. Fakt, nie ze wszystkimi musiałam się zaprzyjaźniać, jednak często samo przybywanie w szkole, gdzie jest o połowę mniej osób jest nie raz dla mnie męczące.
 Na Start przyjechałam pusta w środku. Na pewno każdy chrześcijanin czuł coś podobnego. Może to zabrzmieć absurdalnie, ale myślałam o tym, że nie nadaję się to tego, żeby być wierzącą. Myślałam o tym, że nie zasługuję na Bożą miłość, że to nie dla mnie, że trafiło to w moje łapki przypadkiem. 
Już na początku ta pustka została rozwiana, a strach przed tłumem przerodził się w całkiem dobre relacje. Jednak została reszta wątpliwości i złych myśli. 
Tak na prawdę codziennie modliłam się, czy to sama nocą, w wolnym czasie, rano, wieczorem z kimś - to i tak stałam w miejscu. 
I to powoli zmieniło się w czwartek, kiedy na Celebration modliliśmy się o Dary Ducha Świętego. Siedziałam obok chłopaka, który modlił się w jakimś kompletnie niezrozumiałym dla mnie języku. Ja zaś modliłam się z koleżanką, wstałyśmy z kolan i ona cała zapłakana pyta się  mnie "i co, coś poczułaś?". Ja przecząco pokiwałam głową. Później zamiast After Party dalej się modliliśmy. Ona usiadła obok mnie i pyta się "Edzia, a co jeżeli tym razem się nie uda? Jeżeli nie otrzymamy tego Daru". Ja zaczęłam wykrzykiwać UDA NAM SIĘ! A ona dalej "a co jeżeli nam się nie uda, jeżeli tego nie poczujemy?" Ja znów odpowiedziałam UDA NAM SIĘ! "Ale Edzia..." UDA NAM SIĘ, UDA NAM SIĘ, UDA NAM SIĘ, CHOĆ BYM NIE WIEM CO, UDA NAM SIĘ!
Gadałam trochę jak obłąkana. Ale kiedy znów wyszłyśmy na środek, żeby się modlić nić nie poczułam, niczego nie doznałam. Ale zrozumiałam i nauczyłam się jednej rzeczy, mianowicie cierpliwości.
Jeżeli chodzi o wiarę wszystko działo się bardzo szybko, szybko się nawróciłam, zrozumiałam, uwierzyłam, ochrzciłam się. Pomyślałam więc, że skoro Bóg tak szybko zmienił moje życie to niekoniecznie musi szybko podarować mi Dar Ducha Świętego.
 Następnego dnia, w piątek na Celebration była dalsza modlitwa o Dary Ducha Świętego, ale też o problemy, o coś co nas trapiło i o chorych.
W prawdzie nie otrzymałam tego o co się modliłam, ale za to dostałam odpowiedź na pytania, które krążyły mi po głowie od miesięcy.
BÓG JEST DOBRY.

"Tak jak łagodny wiatr zjawiasz się pośród nas, tak jak potężny Król, jesteś tu..."

Instagram: @filozofiara
Snapchat: DJKNOWGIRLS
Facebook: Filozofiara
Następny post w sobotę lub niedzielę!
Do zobaczenia!

(bez tytuły)

(bez tytuły)




Instagram: @filozofiara
Snapchat: DJKNOWGIRLS
Do zobaczenia!

Ślepi ludzie

Ślepi ludzie
 W poście "człowiek vs technologia" opisałam w jak dużym stopniu ludzie są uzależnieni od telefonów. Dziś trochę bardziej i w innym kierunku rozwinę ten temat.
 W tym miesiącu wybrałam się z koleżanką do kina, a następnie na zakupy. Przechodziłyśmy przez przejście dla pieszych i w tym samym momencie nadjechał tramwaj na przystanek.
Musiałyśmy podbiec z racji, że się śpieszyłyśmy. I tu dołączyła do mnie adrenalina. Koleżanka wsiadła już do tramwaju, a ja przepychałam się między ludźmi. Nie rozpychałam się barami. Ludzie mimo tego, że mówiłam "przepraszam" i dawałam im znać, że chcę przejść nawet się nie odwracali, nie reagowali, nic. W końcu jakoś dostałam się do drzwi, jednak w ostatnim momencie, ponieważ te już się zamykały.
 Miałam wiele podobnych sytuacji, jak i zupełni innych, które naruszały moją przestrzeń prywatną.
Jadąc autobusem czytałam książkę i słuchałam muzyki. Obok mnie usiadła dziewczyna, która również miała słuchawki w uszach i najwyraźniej pisała z kimś przez telefon. Nie zwróciła bym na nią większej uwagi, gdyby nie to, że ciągle ocierała się o moje ramię łokciem. Gdy odsuwałam się od niej ta nachalnie przybliżała się do mnie i kontynuowała to.
Co innego jednak, gdy w autobusie jest tłum i nie unikniemy kontaktu fizycznego. Wtedy wielkiego tłumu nie było w pojeździe, a ona mimo to naruszała w dziwny sposób moją przestrzeń osobistą.
 Zauważyła to moja mama, a następnie ja. Pewnie przynajmniej raz w miesiącu widzicie przejeżdżającą karetkę na sygnale. Jeszcze rok, może dwa lata temu momentalnie, gdy tylko usłyszało się syrenę samochody zjeżdżały na pobocze, gdziekolwiek, tak na prawdę. Byle by karetka przejechała. Tydzień temu, idę chodnikiem i widziałam jak karetka stała w korku, bo do kierowców po kilkunastu sekundach doszło to, że powinni ustąpić jej miejsca. ALE NIE! Stójmy sobie dalej. Niech ktoś umrze. Bo po co robić coś co jest obowiązkiem każdego kierowcy?!

 Teraz nasuwa się pytanie, dlaczego? Dlaczego ludzie nie reagują, dlaczego wydają się niemi, jakby bujali w obłokach? Proste, uzależnienie od telefonów i elektroniki. Może wydawać się dziwne, możecie pomyśleć, że znów dramatyzuję "Edyta, skończ z tym w końcu, nie można za wszystko obwiniać elektroniki".
Fakt, "czasem" przesadzam i dramatyzuję. ALE, ludzie na prawdę są zaślepieni. Jest to globalna choroba. Można tego nie zauważyć, uzależnieni ludzie nigdy nie są świadomi swojego uzależnienia i zawsze zaprzeczają i zaprzeczać będą.
Jest to dosyć czarny scenariusz, przynajmniej w moim mniemaniu.

Zapraszam Was na snapchata, którego prowadzę jeszcze z paroma dziewczynami, DJKNOWGIRLS
Instagrama: @filozofiara
Snapchatowego ask' a, gdzie możecie zadawać pytania, na które ja i pozostałe dziwczyny będziemy odpowiadać: djknowgirls
Następny post w ten piątek (będę również na snapchacie, więc serdecznie zapraszam!).
Do zobaczenia!

Moje pierwsze zdjęcia

Moje pierwsze zdjęcia
 Ostatnio przeglądając stare pliki na komputerze natrafiłam na kolejny folder ze zdjęciami. Jednak to co wyróżniało ten folder to jego zawartość. Były to moje pierwsze zdjęcia, kiedy dostałam aparat i latałam po podwórku i po prostu naciskałam przycisk. 
Nie miałam pojęcia czy są dobre, czy właściwie je wykonuję. Nie wiedziałam nic o obiektywach, a cyferki i literki na wyświetlaczu nie miały dla mnie większego znaczenia. 
 Jednak, gdy patrzę na moje stare zdjęcia to niektóre wyglądają znacznie lepiej niż moje obecne.


 To było moje pierwsze zdjęcie jakie wykonałam.Właściwie kwiatki i mój kot to były jedyne tematy moich zdjęć.




 Ostatnie zdjęcie podoba mi się najbardziej, przypomina mi radioaktywnego kwiatka. Uwielbiam takie klimaty, chociaż nigdy nie byłam w miejscu skażonym, widziałam taką scenerię wyłącznie w serialach i filmach.
 Jak widać tamten zapał sprzed kilku lat i dzisiejsze wprawne oko i umiejętności potrafią zrobić to.

Dziś krótko, zwięźle i na temat. Na czerwiec szykuję coś dużego, a właściwie dwa duże cosie. Jednak nie wiem czy większy plan pójdzie po mojej myśli, jest to bardzo wątpliwe, ale postaram się.

I jak zwykle zapraszam na: 
Instagrama: @filozofiara
Snapchata: edyta.tito
Facebook ruszy już niebawem, cierpliwości moi mil.
Jest drobna zmiana z postami, będą one pojawiać się we wtorki oraz piątki.
Do zobaczenia!

ROBALE!

ROBALE!
 Na początku czerwca postawiłam sobie cel - przestanę bać się robali, chociaż w najmniejszym stopniu. Moja fobia była ze mną odkąd pamiętam. Bałam się wychodzić na dwór, bo tam były robaki. Najgorsze były dla mnie pszczoły, osy, bąki, szerszenie i trzmiele. Z wiekiem to grono insektów na mojej czarnej liście zaczęło się powiększać. Uwielbiałam chodzić do lasu (z resztą nadal uwielbiam), jednak tam napotykałam jedyną rzecz, która mnie stamtąd wypędzała. ROBALE. Było ich pełno, siadały na mnie, pełzały po mnie. Wybiegałam z lasu z krzykiem i płaczem.  
Właśnie dlatego chciałam zapanować nad moją fobią, żeby ze spokojem i przyjemnością chodzić do mojego ukochanego miejsca.
 W ostatni miesiąc roku szkolnego wraz z moją mamą założyłyśmy ogródek, zawsze o tym marzyłyśmy, ale zawsze było za mało czasu czy pretekst do tego, żeby nie podlać roślinek. W tym sezonie udało nam się. Przyznam, że była to ciężka praca, przenoszenie kilkukilogramowych donic, schylanie się, zgięta pozycja, która niezbyt dobrze wpływała na moje plecy. Jednak ból mija, gdy patrzę na efekty. Kiedy tylko kwiaty rozrosły się lub powyrastały spod ziemi serce się radowało.
 Po za ładnym wyglądem podwórka znalazł się jeszcze jeden plus - zaczęłam doceniać i akceptować robaczki. Ba! Zaczęłam się nimi fascynować, ich małe kończyny, skrzydełka, sto par oczu, wygląda to jak inny świat. 
 Dzięki temu teraz, gdy koło mnie przelatuje insekt nie piszczę i nie wymachuje rękami, a jedynie czekam aż przeleci obok.
Praca w ogrodzi niezwykle mnie wciągnęła, zaczęłam planować nowe grządki i komponować zestawy kwiatów.
 Co prawda nadal są owady, których się brzydzę i ciężko by było mi jakiegoś wziąć na rękę. Nadal ciężko mi zaakceptować pajęczaki. Owszem, gdy są to małe pająki i mało owłosione, np.: patyczaki to nie panikuję tak jak kiedyś. Jednak, gdyby były to tarantule czy inne tropikalne paskudztwa spawa wyglądałaby zupełni inaczej. Podziwiam więc ludzi, którzy posiadają takie pająki i bez obaw trzymają je na rękach.
 Najbardziej zafascynowały mnie ważki i ćmy. Podzielona na segmenty lub owłosione ciałko to coś dla mnie niespotykanego. Aż dziwnie pisać o czymś co wywoływało u mnie wstręt tak pozytywnie.
 Każdemu kto boi się robaków wszelkiego kalibru polecam prace w ogrodzie. Kiedy jednak nie macie dostępu do działki, bo mieszkacie w bloku polecam chociażby małą roślinkę na balkonie. Bądź częste wyprawy na łono natury z kimś bliskim. Może nie będzie to tak szybka zmiana jak u mnie, ale może poprawi to wasze nastawienie do małych, owłosionych, czasem dziwnych, obślizgłych istotek.
 A więc, cel na czerwiec - zaliczony!


Instagram: filozofiara
Snapchat: edyta.tito

Zakończenie roku harcerskiego 2016

Zakończenie roku harcerskiego 2016
 Zakończenie mojego roku szkolnego przebiegło bardzo pomyślnie. Otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem, co było dla mnie wielkim wyczynem - jeszcze do niedawna byłam kompletną łamagą i niczego nie potrafiłam wbić sobie do głowy. A teraz ku mojemu zaskoczeniu zrobiłam wielkie postępy, łał. 
Ale nie o roku szkolnym chciałam dziś napisać, a o roku harcerskim.


 Przez te dziesięć miesięcy nie działo się nic specjalnego w naszej drużynie. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że upadała ona. Mieliśmy parę nieciekawych sytuacji, obiecujących planów, które niestety skończyły się klęską. Często nasza drużynowa nie pojawiała się na zbiórkach przez pracę. Jednym słowem było nieciekawie.
Zakończenia roku harcerskiego nie było przez dwa lata z rzędu. 
 Mieliśmy spotkać się w wytyczonym miejscy z plecakami o godzinie 19:00 dnia 24 czerwca. Udaliśmy się do domku, gdzie mieliśmy spać - chociaż snu nie było zbyt wiele... O godzinie około 20:30, gdy się rozpakowaliśmy, poszliśmy do lasu, żeby przygotowywać prezent dla przyszłej drużynowej.
 Musieliśmy przygotować: piosenkę, wierszyk, laurki, bukieciki, wianek z kwiatów i sukienkę.Czas na przygotowanie wszystkiego wynosił koło dwie godziny. Było przy tym mnóstwo zabawy.
 Następnie wróciliśmy, chwilę odpoczęliśmy i szykowaliśmy straszne historie, które w rzeczywistości były śmieszne.
Po upływie trzydziestu minut zaczęła się gra nocna o tematyce "Małego Księcia". Wszystkim bardzo się podobała, chociaż na pierwszy rzut oka ciężko było to stwierdzić. Było grubo po północy, wszyscy chcieli już do łóżek, ale na miejscu czekał na nas stos ogniskowy i kiełbaski.
Jak zwykle rozpalenie ogniska trochę nam zajęło - na całe szczęście nie było mokrego drewna.
Przy płomieniach opowiadaliśmy swoje "straszne" historie.
o około 01:45 położyliśmy się spać.
 Nie przyszło nam zbyt długo odpoczywać. Zostaliśmy brutalnie wyrwani ze snu trochę ponad godzinę później. Wszyscy musieliśmy ubrać się w mundury.
Ja oraz (że tak to ujmę) te starsze osoby poszliśmy do lasu. Dlaczego? Bowiem jedna z harcerek miała ten zaszczyt i otrzymała krzyż harcerski. My staliśmy w różnych odstępach i sprawdzaliśmy jej wiedzę na temat symboliki krzyża, funkcji w drużynie - kto kim jest - jaki numer ma nasza drużyna i tym podobne.
 Na plaży przy pięknym wschodzie słońca Otrzymała ona jedną z najważniejszych odznak harcerskich - krzyż. Sama pamiętam ten dzień. Również byłam zaspana i mało informacji do mnie docierało. Dopiero po zakończonym biwaku dotarło do mnie, że mam krzyż. Tutaj chyba było podobnie...
 Tym jednak się nie skończyło. Odbyło się przekazanie drużyny. Teraz głównodowodzącą jest moja siostra. Nie wiem czy to plus czy minus, ale to miłe uczucie, kiedy ona tam po prostu jest - na zbiórkach, biwakach czy obozach.
 Wszyscy dali jej po bukiecie, laurkę i kartkę z wierszem. na drugi ogień poszedł wianek i sukienka, a piosenka została na deser. Jak można było się spodziewać była ona zabawna i nie mogło zabraknąć wzmianki o wyglądzie z samego rana.
 Wróciliśmy do domku zmęczeni o 4:30 nad ranem. Kadra nas oszczędziła i dała nam spać całe cztery godziny.
 Rano czekały na nas naleśniki z bitą śmietaną i czekoladą. Spakowani i gotowi czekaliśmy na autobus. Pojechaliśmy do innej części Wyspy Sobieszewskiej, a konkretniej do Sobieszewa na festy, który organizował hufiec.
Tam nie było zbyt ciekawie. Harcerze starsi z naszej drużyny musieli stać na punkcie z wiatrówką, a reszta chodziła i korzystała z atrakcji.
 Podsumowując. Wszystko Przebiegło bardzo pomyślnie. Mam nadzieję, że moja siostra dobrze zaopiekuje się drużyną i trochę ją odbuduje.

To tyle, niestety musicie wybaczyć za małą ilość zdjęć, ale wszystkie były bardzo złej jakości.
Do zobaczenia!

Jestem leniem

Jestem leniem
 Jak dało się zauważyć nie było mnie przez ostatni tydzień. Właściwie byłam, ale nic nie wstawiłam na bloga, bo po co? 
Jest ostatni tydzień szkoły, miałam dużo latania od nauczyciela do nauczyciela, a to papiery donieść, a to coś poprawić. I w ten właśnie sposób, gdy tylko późnym popołudniem wracałam do domu uczyłam się. Na szczęście wszystkie stopnie są wystawione, więc nie mam czym się martwić. 
Dodatkowo przez miesiąc nie miałam klawiatury i myszki. Posty pisałam na telefonie, co było bardzo nie wygodne.
No, ale sami rozumiecie jak to zawsze jest - koniec roku, niby trochę odpoczynku, ale jednocześnie duży stres.

 W lipcu dużo się dzieje, urodziny koleżanki, ślub, obóz, moje urodziny, praca. Wydaje się dosyć proste. Dla kogoś może wyglądać na to, że jest to pikuś. Nie chcę się tutaj nad sobą rozczulać, a tym bardziej użalać jak to mam dużo na głowie. Nie. To nie o to mi tutaj chodzi. Bardziej chcę zaznaczyć, że prawdopodobnie mogą się zdarzyć tygodnie, gdzie nie będę miała wystarczająco dużo czasu na bloga.
 Więcej bezsensownych powodów, przez które nie pisałam? Obrabiałam zdjęcia, robiłam zdjęcia.
 Jeszcze więcej? Zastanawiałam się nad wyborem szkoły. I jak zwykle skończyło się na czarnych myślach, że i tak umrę, więc po co mi szkoła i wyższe wykształcenie.
 To tyle, do następnego, obiecuję, będę pisać. Słowo harcerza.

Wszystko stało się nowe

Wszystko stało się nowe
 Dziś dla mnie i dla mojej mamy wszystko stało się nowe. To ten właśnie dzień był dla mnie niezwykle stresujący. To był chrzest wiary. Ja nie byłam obserwatorem, byłam chrzczona.

Źródło: KLIK
 Nie pisałam o tym w prost z dwóch powodów: byłam zbyt zestresowana, żeby napisać chociażby literkę. I uważałam to za temat tabu. Wiele osób mówiło mi: Edyta, zacznij pisać o Bogu! Niech on będzie twoją inspiracją, twoim natchnieniem. Wydawało się dosyć łatwe, gdy pisałam próbnie na kawałku papieru. Ale przemierzając internet nie raz napotkałam się na dyskusje dotyczącą tematów religijnych. Gdy tylko padał wyraz Bóg wybuchała wielka kłótnia. Nie chciałam tego na swoim blogu, ale jednocześnie nie pisząc o tym co leżało mi na sercu czułam, że bardzo siebie ograniczam. 
 Po chrzcie pomyślałam: Ej, czemu mam siebie ograniczać w rozwoju przez to, że komuś coś się nie podoba? Bo skoro to mój blog to mam prawo pisać na nim o czym chce, nawet o Bogu. Najwyżej stracę kilku czytelników. Chociaż może wręcz przeciwnie, może ich zyskam. W internecie nie spotykam się zbyt często, żeby ktoś pisał o takich rzeczach. Najczęściej jest to temat tabu. A ja dziś chce obalić te tematy. Ludzie zbyt ograniczają siebie i swoje zdolności przez tematy zakazane. Koniec z tym! 

 Jeżeli chodzi o sam chrzest, to jak mogliście widzieć na grafice powyżej odbył się on 4 czerwca o godzinie 17. Przyznam szczerze, że się stresowałam. Jednak rozmowy z ludźmi mnie uspokajały. Musieliśmy przyjechać na 16 aby nam wszystko omówiono i wytłumaczono. 
Łącznie chrzest brało dziewiętnaście osób.
 Ceremonia wyglądała następująco; pastor zadał nam trzy pytania, było to wyznanie wiary. Następnie byliśmy zanurzani.
Sama do końca nie jestem w stanie opisać swoich wrażeń. Muzyka głośno grała, wszyscy klaskali. Gdybym jednak miała to jakoś nazwać, to uczucie, to czułam ciepło i niewyobrażalny spokój. Jeszcze kiedyś panikowałabym, gdybym była zanurzana do wody, w dodatku do tyłu. Ale tym razem było kompletnie inaczej. Odczuwałam wielkie opanowanie, przed samym wejściem do wody nie panikowałam. Wszystko, że tak napiszę kolokwialnie, odbyło się na luzie.

Źródło: KLIK
Źródło: KLIK
 Po zakończonym nabożeństwie wielka uczta. Jednak zanim wstałam podeszło do mnie mnóstwo osób, znane i całkowicie mi obce, żeby mi pogratulować. Od znajomych otrzymałam małe kwiatki i upominki (czyt. czekolada!).
Wtedy atmosfera zrobiła się niezwykle miła. Dawno się tak nie czułam.
Od teraz wszystko stało się nowe...
Do zobaczenia!

Snapchat: edyta.tito
Copyright © 2016 Filozofie do kotleta... , Blogger