Dziś, gdy jechałam do szkoły było wyjątkowo ciepło. Wiał wiatr i pogodynka mówiła, że przez niego temperatura odczuwalna będzie niższa. Jednak wcale tak nie było. Był on ciepły, delikatny choć porywisty. Jego delikatność nie polegała na intensywności wiania, a na tym, że otulał mnie. W porównaniu do tego typowo jesiennego listopadowego wiatru był delikatny. Ten pod koniec roku jest silny. Tak silny, że może nie jedną osobę zdmuchnąć. A ten jakby chciał się przywitać ze mną.
Kiedy stałam na przystanku w słuchawkach usłyszałam piosenkę, której dawno nie słuchałam. Bardzo skojarzyła mi się z takim ciepłem, świeżym powietrzem, naturą, jednym słowem - wiosną. Za dokładny miesiąc będzie wiosna. Pierwszy raz tak się cieszę z nadchodzącej pory roku. Zazwyczaj nie robiłam sobie z tego nic. Po prostu pory roku się zmieniają i tyle, tak jest i tak będzie.
Dziwię się, że te wrzosy wciąż żyją. Przebywają w naszej doniczce od października. Ale, gdy patrzę na te zdjęcia napawają mnie one niezwykłą radością i optymizmem. Nie tylko dla tego, że bardzo mi się podobają, ale też dlatego, że mają kolory wiosny. I mimo tego szronu i wiatru wciąż stoją.
Można to porównać do nas, kiedy przeżywamy złą sytuację. Nie ważne czy jest to sprawa finansowa, emocjonalna czy jakakolwiek inna. Czasem lepiej przeczekać aż słońce wyjdzie i nas ogrzeje. Chodzi mi w tej metaforze o to, że nie można się poddawać i spisywać coś na stracenie. W tym przypadku wrzosy, które mimo chłodu, śniegu i wiatru trzymają się świetnie. Teraz idzie wiosna, będą mogły się ogrzać i ponownie zakwitnąć. I kiedy na nas padną promienia światła korzystajmy z tego najlepiej jak tylko możemy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą chmury deszczu.
Do zobaczenia!






