Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

Nie jestem już GIMBUSEM

Nie jestem już GIMBUSEM
Każda chwila, która mogłaby być wykorzystana lepiej, jest stracona.
~Jean-Jacques Rousseau
 Zostałam absolwentką gimnazjum. Nie jestem już gatunkiem na wymarciu, ale jeszcze nie zostałam zaklasyfikowana do nowego. Dziwne uczucie...
Chciałam napisać tego posta zaraz po zakończeniu roku, ale nie mogłam pozbierać myśli, uczuć, wspomnień. Może osoby, które nie przepadają za swoją klasą pomyślą sobie: łał, kolejna, która miała idealne 3 lata w najgorszym okresie swojego życia... Szczerze mówiąc nie przepadałam za swoją klasą. Jednak to co trzeba przyznać to fakt, że mieliśmy wspaniałe chwile (gorszych co prawda było też sporo, jednak w takich chwilach lepiej nie myśleć o takich rzeczach).
 Mówią, że gimnazjum to najgorszy okres w życiu. Cóż, nie mam porównania, dopiero idę do liceum. Jednak wyciągnęłam wiele fantastycznych znajomości, ale też wiele życiowych lekcji.
 Chyba najbardziej wartościowa rzecz jakiej nauczyłam się w gimnazjum to lekcja o ludziach. Kilkukrotnie zastanawiałam się nad zmianą szkoły. Szczęście, że się tylko zastanawiałam. Jak wspomniałam wyżej, nie zawsze miałam dobre kontakty z osobami z mojej klasy.
Z klasą jest jak z rodziną - nie wybiera się jej. I mimo, że czasem jest dobrze, a czasem źle to wciąż rodzina i powinno się ją szanować. Nie tylko ze względu na bliższe relacje, ale na szacunek. Osoby w klasie również powinno się szanować, bez względu na to czy się je lubi czy nie. To ludzie, a każdy człowiek bez względu na osobowość, wygląd czy stan w społeczeństwie. To była najważniejsza lekcja jakiej nauczyła mnie nie szkoła, a ludzie w niej.
 O zakończeniu roku nie będę pisać. Różniło się od innych tym, ze było dużo więcej płaczu i śmiechu. Ale jest jedna zabawna historia.
 Jako, że dobrałam sobie równie szalonych znajomych co ja, zrobiliśmy iście szaloną rzecz.
Niestety nie zdążyliśmy pożegnać się ze wszystkimi nauczycielami postanowiliśmy zostawić im wszystkie kartki i róże w pokoju nauczycielskim. Była tam tablica. I tu wszyscy wpadliśmy na ten sam pomysł: NAPISZMY ŻYCZENIA DLA NAUCZYCIELI! Napisaliśmy podziękowania, podpisaliśmy się inicjałami oraz z jakiej klasy jesteśmy. Do wazonu włożyliśmy róże, a jako, że tablica była magnetyczna poprzyczepialiśmy kartki z podziękowaniami.

 Piszę tego posta w pełnym stresie, bowiem 7 lipca o godzinie 12 dowiem się czy dostałam się do szkoły. Pisząc go w nocy dowiaduję się nowych rzeczy o samej sobie. Jednak nie jestem rannym ptaszkiem, a po 22:30 dostaję wielkiego kopa inspiracji i pomysłów.
Może i nie mam wielkiego doświadczenia, ale mogę śmiało powiedzieć, że szkoła nie uczy tylko tabliczki mnożenia, genetyki, czy rodzajów chmur. Uczy o wiele, wiele więcej. I tylko od nas zależy czy potraktujemy to jako lekcję, czy jako nudny obowiązek.

Facebook: Filozofiara
Instagram: @fiozofiara

Do zobaczenia!

EXODUS CONF 2017

EXODUS CONF 2017

 Jak napisałam w poście sprzed roku: dużego zmęczenia, potu, wysiłku i różnych komplikacji chcę jechać za rok!
I pojechałam, ponownie jako wolontariusz. W poście sprzed roku opisywałam jak to wszystko wyglądało od strony technicznej. 

 W tym roku byłam w totalnie innej służbie. W ubiegłym roku byłam w Kids Zone, a w tym w szatni. Trafiłam tam zupełnym przypadkiem. Myślałam o tym czy by nie zostać uczestnikiem i skorzystać z Exodusu w 100%. Zwlekałam z decyzją do ostatniego momentu. Zupełnym przypadkiem u lekarza spotkałam dziewczynę, która zajmowała się szatnią na konferencji. Powiedziałam, że jeszcze się zastanowię. Szczerze to nawet o tym nie myślałam, ponownie zwlekałam z podjęciem decyzji. 
Na spotkaniu młodzieżowym spotkałam się z tą dziewczyną, rozmawiała z kimś, podeszłam, żeby się z nią przywitać i powiedziała: "no, Edzia jest już w moim teamie, mam tak mało osób. Dobrze, że chociaż ją mam". Pomyślałam sobie no nieźle... I w sumie jakoś tak wyszło. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Jednak dobrze wyszło, przynajmniej nie musiałam podejmować decyzji - została ona podjęta za mnie. 
 Zostały 4 dni do konferencji (wolontariusze spotykali się dzień wcześniej). Budzę się rano z rozbolałym gardłem. Pomyślałam, że to chwilowe, że to przez suche powietrze w pokoju lub przez noc wychłodziło się w pomieszczeniu. Jednak w ciągu dnia było mi zimno. Zaczynało się...
W poniedziałek miałam 38 stopni gorączki. Myślałam, że to chwilowe, że się przewiałam i muszę się ogrzać. Niestety nie. Lekarz przypisał mi antybiotyk, ale polecił poczekać dzień z wzięciem go. Mówił, że jeżeli objawy nie ustaną lub się nasilą wtedy mam go wziąć. 
 Rodzice zastanawiali się czy mnie puścić. Gorączka nie odpuszczała do środy. Dopiero w czwartek miałam 37. Koniec końców na Ergo Arenie zjawiłam się dopiero w piątek.

 Szczerze - byłam bardzo zasmucona tym, że zjawiłam się tam tak późno. Pierwszego dnia, czyli w czwartek, był koncert zespołu, który bardzo lubię i bardzo chciałam na niego iść. Ale za to udało mi się pójść na różne warsztaty i ścieżki. To co odbudowało mój pobyt na tegorocznym Exodusie to dzień, w którym przyjechałam. Już z samego rana miałam dyżur w szatni. Zjawiłam się godzinę przed nim. Miałam czas, żeby zorientować się gdzie jest staff room, łazienki i pogadać z moją liderką, żeby wprowadziła mnie w zasady funkcjonowania szatni. 
Jak pisałam wyżej, chodziłam na różne inspirujące i motywujące wykłady niesamowitych ludzi, a wieczorem dostałam informację od liderki, że wszyscy mają być w szatni od 18, gdy ja miałam dyżur o 21:30, a ten wieczór miał być wyjątkowy ze względu na wieczór uzdrowień i koncert Hillsong London. Ale wyszło tak, że wszyscy mieli stawić się w szatni o 20. Jednak nadal pozostawała niejasność jeżeli chodzi o koncert. I tutaj nasza genialna liderka wpadła na pomysł, żebyśmy się zmieniali mniej więcej co pół godziny. I w ten sposób udało mi się spędzić godzinę na niesamowitym koncercie.
To jedno z kilku zdjęć, które się nadawało. O dziwo Wyszło całkiem dobrze, mimo dużej ilości światła.
 Był to mój pierwszy prawdziwy koncert i był niesamowity. Skończył się trochę wcześniej niż był planowany. Szybko wybiegłam i pędziłam w kierunku szatni, gdzie już stali ludzie. Aż ciężko dobrać mi słowa do tego co wtedy się działo.
 Co do wieczoru uzdrowień to modliłam się z jedną dziewczyną, o której wspomnę później.

 W tym roku nie nocowałam na Ergo Arenie, a w domu przez chorobę. Tata przyjechał po mnie, a po drodze zajechaliśmy po kebaba, o 1 w nocy... (był to najpyszniejszy kebab jakiego jadłam w tym roku).

 W sobotę przyjechałam później, ponieważ byłam bardzo zmęczona. Poszłam wykupić obiad. Musiałam chwilę poczekać na dostawę nowych porcji. Gdy tak stałam i czekałam zagadała do mnie dziewczyna, z którą modliłam się poprzedniego dnia. TO NIE BYŁ PRZYPADEK! Razem zjadłyśmy obiad w staff room' ie i chwilę rozmawiałyśmy. Spytała się mnie gdzie widzę siebie za kilka lat na Exodusie - w jakiejś szczególnej służbie jako wolontariusz. odpowiedziałam, że marzy mi się robienie zdjęć na stronę konferencji. Powiedziała mi, że szuka kogoś, kto pomoże jej w robieniu zdjęć na nabożeństwach (mamy dwa kampusy - w centrum Gdańska i na Ergo Arenie). ŁOŁ. To niesamowite. Gdybym nie zwlekała z podjęciem decyzji dotyczącej mojego uczestnictwa nie spotkała bym tej dziewczyny i nie mogła z nią o tym porozmawiać. 
To co otrzymałam od Boga na tej konferencji przerasta moje najśmielsze oczekiwania.
 Mimo, że nie skorzystałam z Exodusu w 100% cieszę się, że się tam pojawiłam. Choroba doskwierała mi po konferencji, ale już wracam do siebie. 


Dzień po zakończeniu Exodusu pojawiło się to zdjęcie na Ex18, a tytuł to "roward".
Strona: Exodus Conf (źródła zdjęć)
Do zobaczenia!

MOJE ZIÓŁKA - Czyli czemu mnie nie było?

MOJE ZIÓŁKA - Czyli czemu mnie nie było?
Brzmi jakbym wpadła w jakiś układ narkomański, przygrzała i z tego powodu nic nie pisałam. Oj pisałabym, i to ile! A jak!
 Na początku października udałam się do lekarza. Przez cały wrzesień bardzo źle się czułam. Gdy wchodziłam na drugie piętro w szkole dostawałam zadyszki, nie mówiąc już o wychowaniu fizycznym, gdzie kilka razy zasłabłam i z sali gimnastycznej trafiłam do gabinetu pielęgniarki. Wykonała podstawowe badania: zmierzyła mi ciśnienie, temperaturę i ogólnie obejrzała. Później rozmawiałyśmy, powiedziała, że muszę jak najszybciej iść do lekarza rodzinnego, co z resztą zalecała mi już w ubiegłym roku. Poszłam do lekarza i dostałam skierowanie na morfologie, czego najbardziej się obawiałam. Poszłam do przychodni cała zestresowana. Jednak wszystko odbyło się bardzo szybko. Na pamiątkę został mi wielki siniak, który utrzymywał się przez następny tydzień. Jadąc autobusem ciężko było mi zgiąć rękę.
 Jako rasowy samobójca nie wzięłam zwolnienia z wychowania fizycznego i zapomniałam, że był zapowiedziany test Coopera. W skrócie - jest to 12 minut ciągłego biegu. W różnych szkołach różnie to wygląda, u nas trzeba ciągle biegać w swoim tempie. Jeżeli się zatrzymasz kilka razy lub chodzisz - masz obniżaną ocenę, jest to zależne od częstotliwości. 
Cztery kółka przebiegłam bez większego problemu, na piątym zaczęło robić mi się słabo, szóste, siódme - zatrzymałam się. Pochyliłam głowę i głęboko oddychałam. Pani kazała mi maszerować. 
W szatni odczytywała oceny. Edyta - pozytywny. To mnie zdziwiło. Liczyłam na to, że będę musiała zdawać ten test jeszcze raz, gdy będę czuć się lepiej.
 Pod koniec tygodnia przyszły wyniki, poszłam z nimi do lekarza. Wszystko w normie. WSZYSTKO, Jak? Byłam okazem zdrowia, a mimo to ciężko było mi wejść po schodach. Doktor powiedziała, żebym otworzyła buzię i wywaliła język. 
"No, droga panno. Czym ty się tak stresujesz?" Tak, byłam osłabiona przez stres. Przypisała mi aż siedem ziół do picia. Miały być na dobrą pracę serca, bo często mi kołotało, na spokojny sen, uspokojenie oraz na trądzik. Stwierdziłam, że to o wiele lepsze niż łykanie końskich tabletek. 
Po tygodniu miałam zioła. Zmieszałam je według zaleceń lekarki.
Jedna miarka: bratka polnego, kozłka lekarskiego, mniszka, serdecznika, przywrotnika i lawendy, a owocu głogu dwie miarki. Wszystko wylądowało w słoiku po majonezie z ozdobnymi tasiemkami. Przygotowałam jedną porcję herbatki. Była nawet smaczna, a może po prostu z ekscytacji moja podświadomość zmieniła smak? Druga porcja następnego dnia była inna, smakowała jakoś dziwnie. Czułam smak innych ziół. Trzecia. Zaczęłam czuć, że ta kuracja działa, skóra wyglądała lepiej, ale to był jedyny skutek picia tej herbaty. Włosy nadal wypadały mi w ogromnych ilościach i nadal chodziła zestresowana, przynajmniej mogłam wchodzić normalnie po schodach.
Nie chciałam już dalej pić tej herbaty, rozstrajała mnie fizycznie. Przychodziłam do szkoły i była pobudzona, a po krótkim czasie byłam senna. Mój układ pokarmowy tez nie był pokojowo nastawiony do tej kuracji.
 Zaczęłam czytać opisy każdego z ziół - wcześniej tego nie zrobiłam, nawet ze zwykłej ciekawości, po prostu od razu je zmieszałam. Czytałam zastosowanie na każdej paczce i śmiałam się. Były one przypisane mi z tą myślą, żebym się wyciszyła i nie stresowała się. Oto jakie działania miały działania:
Bratek polny - ziele to stosuje się przy zmianach naskórnych, np.: trądziku. Używa się go również w chorobach układu moczowego - kamica nerkowa czy zapalenie pęcherza moczowego.
Mniszek lekarski - oczyszcza organizm z toksyn.
Serdecznik - stosuje się go w chorobach serca, szczególnie o podłożu nerwowym, pomaga w nadciśnieniu.
Przywrotnik - stosuje się go w przypadku problemu z biegunką, działa moczopędnie, likwiduje wzdęcia, reguluje cykl menstruacyjny i zmniejsza krwawienie podczas miesiączki.
Owoc głogu - poprawia ukrwienie serca, stosuje się go w problemach z nadciśnieniem i chorobach serca oraz układu krwionośnego.
Lawenda - działa uspokajająco i relaksacyjne, pomaga w problemach ze snem.
Kozłek lekarski - zmniejsza napięcie, uczucie niepokoju i stresu. Pomaga w zaśnięciu.
 Poprzednią mieszankę wyrzuciłam do kosza, tak samo jak mniszka, przywrotnika i serdecznika. Niestety serdecznika nie powinno podawać się osobom poniżej 18 roku życia, dlatego powędrował on w łapki mojej starszej siostry. Zrobiłam nowa mieszankę. Zamiast siedmiu ziół trzy i pół - bratek polny, lawenda, kozłek lekarski i odrobinkę owocu głogu, żeby pikawa mi nie wyleciała z klatki piersiowej. Wypiłam pierwszą filiżankę. Smak był do wytrzymania, za drugim razem dodałam kilka łyżek zwykłej czarnej herbaty.

W pewnym momencie nawet kolorowe tasiemki nie zmieniały smaku herbaty. W pewnym momencie całkowicie się do niej zraziłam. Smakowała, pachniała i wyglądała paskudnie. (Zdjęcie wyżej przedstawia mieszankę nowej herbaty.)
A jak zadziałało?
Z pewnością lepiej czułam się po takiej wersji niż po tej, którą przypisał mi lekarz. Miałam pić siedem ziół, które działały na mnie wręcz toksycznie, przez miesiąc? Nie dziękuję.
A jak czuję się teraz?
Cóż, trudno powiedzieć. Kuracja trwa chyba zbyt krótko, żeby zaczęła przynosić skutki.
 Cała historia do teraz jest dla mnie zabawna, a jednocześnie przerażająca. Skoro zaledwie po kilku filiżankach herbaty przypisanej przez lekarza miała paskudne skutki uboczne, który nie powinny wystąpić to co by się stało, gdybym piła ją dłużej? Wolę nawet o tym nie myśleć.

 I dokładnie przez TO nic nie pisałam przez dokładnie 31 dni - miesiąc. Mój nowy rekord, łał...
Stwierdziłam, że nie będę pisać w wyznaczone dni. Mam za dużo wszystkiego. Zaczynam się wypalać, nie mam pomysłów. Znaczy mam, ale one są banalne. Nie dla mnie. Muszę pomyśleć co chcę dalej robić z blogiem. Przez te wszystkie 31 dni, gdy nic nie wstawiałam, nie miałam dnia, podczas którego nie miałabym wyświetlenia. Codziennie coś, minimum to były dwa wyświetlenia. Dostałam jeszcze dwa komentarze. Tak późno zabrałam się za dokończenie tego postu, ponieważ ni stąd ni zowąd liczba dzisiejszych wyświetleń dobija mi do stu (o 22:17 dokładnie 105). ŁAŁ. Nie wiem co się dzieje. Za długo mnie nie było. Żeby nie było, że znikam na nie wiadomo ile...
...do zobaczenia!

Start Ü

Start Ü
Czy jedna litera może zmienić czyjeś życie? Trudne zadanie, bo każdy z nas składa się z wielu warstw. Niewyobrażalnego bogactwa, marzeń, decyzji i cech. Te elementy razem tworzą Ciebie - wyjątkową osobę, która ma przed sobą unikalną podróż. Ktoś na drugim biegunie magnesu czeka, aż ją rozpoczniesz. Bo dla Niego liczysz się tylko Ty, Ü

Napis widniejący przy rejestracji, gdzie wszystko się zaczęło...
 Tak zaczęła się moja podróż, na tym obozie. Może i ktoś pomyśli sobie "jak można jechać na obóz chrześcijański?". Może i faktycznie, dla niektórych obraz Boga to starsze panie w moherowych beretach, które odmawiają różaniec. Ale Bóg, którego ja poznałam to zupełnie inny Bóg, to przyjaciel, pocieszyciel, ktoś, kto niezmiernie i bez względnie mnie kocha. Mogła bym wymieniać cechy w kółko i w kółko, jednak wolę Wam opowiedzieć co Bóg zrobił dla mnie na tym obozie i jak rozpoczął moją przygodę.

Każdy uczestnik dostał bransoletkę :)
 Jest to obóz dla młodzieży gimnazjalnej i jak wyżej wspomniałam jest on dla młodzieży chrześcijańskiej, ALE jeżeli jesteś niewierzący, bo trafiłeś tam przez znajomych, nic nie szkodzi, przyjmiemy Cie tam z równie szeroko otwartymi ramionami.
 Ja o Starcie Gimnazjum dowiedziałam się od znajomych z kościoła. Już na samym początku bardzo chciałam jechać (głownie dla tego, że w wakacje na ogół nic nie robię). 
 Jednak zanim jeszcze tam pojechałam, czy zdecydowałam się tam pojechać, pojawiły się wątpliwości. Mianowicie, musiałam wybierać pomiędzy obozem harcerskim, a Startem. I ponieważ na Starcie są ograniczenia wiekowe stwierdziłam raz kozia śmierć! I pojechałam.

...
 Miałam stosunkowo niedaleko, jechałam z Gdańska do Garczyna, a były też takie osoby, co przyjeżdżały z drugiego końca Polski. 
Na miejscy zostałam przydzielona do grupy, której liderem był mój znajomy z kościoła, a konkretniej z młodzieżówki, który gra na basie. Następnie udałam się do domku numer 10. I tu już pojawiły się pierwsze komplikacje. Bowiem po kolacji, gdy wróciłam do domku nie było nikogo (gdy zostałam przydzielana byłam w domku jako pierwsza). Poszłam do kogoś, kto zajmował się tym i poprosiłam o przydzielenie mi innego domku (tak dokładnie, bałam się spać sama...). I trafiłam do domku numer 6. Na początku miałam wątpliwości co do dziewczyn, z którymi miałam spędzić najbliższy tydzień, ale później świetnie się dogadywałyśmy.
 Następnego dnia, rano po śniadaniu w głównym namiocie odbyło się "Dzień Dobry START!". Na początku trochę rozruszaliśmy, tańczyliśmy, był również START Quiz, a po nim uwielbianie Boga. Obóz został świetnie rozpoczęty przez Josha, który mówił o tym, że Bóg tak mocno świeci, że nie ma w nim ani trochę cienia, "nie jest cieniasem" - jak sam powiedział.

Poranny Dzień Dobry START
 O 12 zebraliśmy się w swoich grupach na boisku (to aż zaskakujące, że około 400 osób zmieściło się na boisku do koszykówki).
Na jeden dzień musieliśmy wylosować osobowość. Pierwszy dzień był o tematyce Euro 2016. My wylosowaliśmy Grecję. 
Gdy każda z dwudziestu-sześciu grup miała swoją osobowość biegaliśmy od punktu do punktu, krzycząc "szóstki" (taki numer miała nasza drużyna).
Namalowaliśmy sobie na policzkach i twarzach flagę naszego wybranego kraju. Przy innej stacji musieliśmy powiedzieć jak najwięcej ciekawostek o Grecji, przy jeszcze innej nasz lider musiał wlać nam do ust colę za pomocą pistoletu na wodę. To był naprawdę miło spędzony czas, i w porównaniu do innych dni było bardzo spokojnie. 
 Po fun shake' u poszliśmy na obiad. Przyznam szczerze, może nie był jakoś niesamowicie dobry, ale jak na schronisko dla młodzieży było dobrze.
Od 14.30 do 16 czas wolny, jupi! Było go dosyć dużo, a że nasza grupa miała pierwszą turę mieliśmy tego czasu jeszcze więcej. 
O 16 mieliśmy czas w grupach ze swoimi liderami. Pierwsze spotkanie było bardzo głownie organizacyjne i zapoznawcze.
Po nim o 17.30 warsztaty. Pierwsze było dzielone na dziewczyny i chłopaków. Oni poszli szaleć nad jezioro, a my miałyśmy coś w stylu top model - tyle, że z papieru toaletowego i bibuły.
Kolacja o 18.45. Nie różniła się ona niczym od wszystkich innych kolacji, śniadań czy obiadów. Chociaż raz na ostatni posiłek były zapiekanki. Kolega szepnął mi do ucha, że te zapiekanki mają mięso z gołąbków, które były któregoś dnia na obiad.
Równo o 20 w głównym namiocie odbyło się CELEBRATION. Był to świetny czas, ale to o tym co się działo za chwilkę.
22 była to godzina zabawy, dzikiego i szalonego tańczenia, a mowa o AFTER PARTY! Przyznam, że byłam tam tylko raz, a że nie jestem typem imprezowiczki i zwolenniczką głośnej muzyki to niezbyt mi się podobało. Lecz słyszałam opinie od osób z mojej drużyny i pokoju, że atmosfera była zacna.
I to co wszyscy uwielbiają najbardziej, cisza nocna o 23.45. I tak wyglądał każdy mój dzień. Dosyć schematycznie. Zmieniały się tylko tematy na Dzień Dobry START i na Celebration, no i jeszcze zabawy na fun shake' u, potrawy na obiedzie. 

 Jak wspomniałam wyżej mieliśmy warsztaty. Do wyboru było: taniec/ fitness, sport, wystąpienia publiczne, twoje spotkanie i lider/ przywódca. Ja wybrałam ostatnią opcję. Przyznam się bez bicia, że nie poszłabym na nic związanego ze sportem, a pozostałych  warsztatach nie miałam pojęcia co mnie czeka. Więc wybrałam to, chociaż zawsze myślałam "nie nadaję się na lidera", ale mimo tego zawsze próbowałam się w tym spełniać i robiłam coś co pozwalało mi się rozwijać w tym kierunku.
Na tych warsztatach dowartościowałam się, odkryłam swoje talenty, pasje i powołanie. 
Start dał mi jeszcze więcej niż oczekiwałam. Liczyłam tylko na znajomości, na to, że się bardziej otworzę, a dostałam znacznie więcej. 

Nasi liderzy podczas warsztatów lider/przywódca
 Nie będę Wam opisywać każdego dnia, w następnej części tego postu zobaczycie zdjęcia i przeczytacie to co przeżywałam duchowo.

Ja byłam gdzieś tam, chen daleko, ale jako jedna z nielicznych wyszłam czysta!
Świetna zabawa z kolorowymi proszkami na fun shake' u 
Na tym obozie zdecydowanie mogłam poczuć obecność Boga, był On obecny!
Czas uwielbiania był najlepszym czasem, tylko ja i On...
Podczas uwielbiania śpiewaliśmy świetne piosenki Michała Króla z jego najnowsze płyty "Bohater Nieba".

 Na Start przyjechałam z mieszanymi uczuciami. Nie chciałam tam jechać ze względu na taki ogrom ludzi. Fakt, nie ze wszystkimi musiałam się zaprzyjaźniać, jednak często samo przybywanie w szkole, gdzie jest o połowę mniej osób jest nie raz dla mnie męczące.
 Na Start przyjechałam pusta w środku. Na pewno każdy chrześcijanin czuł coś podobnego. Może to zabrzmieć absurdalnie, ale myślałam o tym, że nie nadaję się to tego, żeby być wierzącą. Myślałam o tym, że nie zasługuję na Bożą miłość, że to nie dla mnie, że trafiło to w moje łapki przypadkiem. 
Już na początku ta pustka została rozwiana, a strach przed tłumem przerodził się w całkiem dobre relacje. Jednak została reszta wątpliwości i złych myśli. 
Tak na prawdę codziennie modliłam się, czy to sama nocą, w wolnym czasie, rano, wieczorem z kimś - to i tak stałam w miejscu. 
I to powoli zmieniło się w czwartek, kiedy na Celebration modliliśmy się o Dary Ducha Świętego. Siedziałam obok chłopaka, który modlił się w jakimś kompletnie niezrozumiałym dla mnie języku. Ja zaś modliłam się z koleżanką, wstałyśmy z kolan i ona cała zapłakana pyta się  mnie "i co, coś poczułaś?". Ja przecząco pokiwałam głową. Później zamiast After Party dalej się modliliśmy. Ona usiadła obok mnie i pyta się "Edzia, a co jeżeli tym razem się nie uda? Jeżeli nie otrzymamy tego Daru". Ja zaczęłam wykrzykiwać UDA NAM SIĘ! A ona dalej "a co jeżeli nam się nie uda, jeżeli tego nie poczujemy?" Ja znów odpowiedziałam UDA NAM SIĘ! "Ale Edzia..." UDA NAM SIĘ, UDA NAM SIĘ, UDA NAM SIĘ, CHOĆ BYM NIE WIEM CO, UDA NAM SIĘ!
Gadałam trochę jak obłąkana. Ale kiedy znów wyszłyśmy na środek, żeby się modlić nić nie poczułam, niczego nie doznałam. Ale zrozumiałam i nauczyłam się jednej rzeczy, mianowicie cierpliwości.
Jeżeli chodzi o wiarę wszystko działo się bardzo szybko, szybko się nawróciłam, zrozumiałam, uwierzyłam, ochrzciłam się. Pomyślałam więc, że skoro Bóg tak szybko zmienił moje życie to niekoniecznie musi szybko podarować mi Dar Ducha Świętego.
 Następnego dnia, w piątek na Celebration była dalsza modlitwa o Dary Ducha Świętego, ale też o problemy, o coś co nas trapiło i o chorych.
W prawdzie nie otrzymałam tego o co się modliłam, ale za to dostałam odpowiedź na pytania, które krążyły mi po głowie od miesięcy.
BÓG JEST DOBRY.

"Tak jak łagodny wiatr zjawiasz się pośród nas, tak jak potężny Król, jesteś tu..."

Instagram: @filozofiara
Snapchat: DJKNOWGIRLS
Facebook: Filozofiara
Następny post w sobotę lub niedzielę!
Do zobaczenia!
Copyright © 2016 Filozofie do kotleta... , Blogger